Ciemne niebo i raz po raz rozlegające się krakanie świetnie wpasowywało się w klimat panującego właśnie święta. Halloween. W domu Rumunii panowała istna sielanka. Większość gości przebranych było w wymyślne stroje. Rozmawiali, pili ponch, tańczyli, a to wszystko z miłą muzyką w tle i tarczą Dartsa ze zdjęciem Justina Biebera wiszącej na ścianie. W rogu stał podłamany Rumunia. Tak naprawdę nie chciał tu tego całego bałaganu. Zmusili go. Tak! Ten głupi Italia, te jego głupie wielkie oczy! I ten głos "Rumunia-chan! Drakuuulaaaaa~!". Ten dzień miał być dla niego całkowitą porażką. Żeby dopełnić nieszczęście, nie był on nawet głównym bohaterem tego ficka.
![]() |
| "Ja pierdolę" |
Większość uczestników tej imprezy (a może raczej popijawy) nie kontaktowało już ze światem. Do wyjątków oczywiście należał Ivan, który chyba znów próbował pobić rekord ilości spożytych promili. Nikogo nawet to specjalnie nie dziwiło. Szczególnie Felka, który poprzysiągł sobie nie zmrużyć dzisiaj oka zanim nie zobaczy zalanego w trupa Rosję. Ogólnie panowała nudnawa atmosfera. Nie przypadło to do gustu pewnej trójce o skłonnościach pedofilskich.
Tak, tak moi drodzy. Prusy (W przebraniu Dziadka Fritza - mimo usilnych starań Włoch, nie dał przebrać się za kurczaka), Hiszpania (W stroju pomidora i kartką "Zjedz mnie - jestem dobry na potencje") oraz Francja (W kostiumie pewnego misia lubiącego dzieci. Nie, nie Uszatka) stojąc tuż obok potężnych, ozdobnych drzwi, nad którymi wisiał wielki, przekreślony napis "Halloween" z dopisanym poniżej "Rząd Polski" (?!) knuli, jakby tu rozruszać towarzystwo. W momencie, gdy mieli się już poddać (po pięciu godzinach, nawet oni wymiękają) Ameryka potknął się o niewyjedzony mus, odzyskując równowagę w ostatniej chwili. Jednak uwadze Francji nie umknął cień niepewności na twarzy Anglii, który szybko przemknął, w momencie gdy USA miał jebnąć głową w podłogę. Uśmiechnął się chytrze. On już wie, co zrobić. Podzielił się pomysłem z pozostałą dwójką, i razem podeszli do Arthura.
- Arthuro!~ Ślicznie dziś wyglądasz - zaczął Hiszpania, oglądając się nerwowo, czy akurat Romano nie wrócił z łazienki. Odpowiedziało mu tylko zabójcze spojrzenie.
- No, Arthur! - Francja założył mu rękę przez ramię - Wiesz, że Alfred postanowił pójść do tamtego opuszczonego domu za rogiem? - dał Prusom znak, żeby leciał wkręcać Amerykę.
- No i...? - Spytał znudzony UK.
- A, no tak zapomniałem, pardonsik.
- Co...? O czym ty teraz pierdolisz...?
- No bo przecież Arthurek... - Francis uśmiechnął się wrednie - ... boi się takich rzeczy, nie? Pamiętasz jak kiedyś... – Anglia nie miał zamiaru pozwolić na rozbawianie publiczności wspominkami ze swojego dzieciństwa.
- CO?! How you...!? JA?! BAĆ SIĘ?! Jeśli ten wymoczkowaty, debilny, tłusty, narcystyczny (…) Amerykanin z nadwagą i gaciami na wierzchu (Ameryka był przebrany za supermena, a jakże) nie boi się czegoś takiego, bo i co to za sztuka, to czemu ja miałbym?!
Francja tylko na to czekał
- To czemu nie pójdziesz z nim...? Skoro jesteś taki dzielny - udowodnij!
Arthur cały poczerwieniał ze złości. - A jakże! Udowodnię!
Francuz i Hiszpan z nie dającą się powstrzymać radością, zaprowadzili Anglika do wyjścia. Prusy po drodze spotkała nie miła niespodzianka. Został wciągnięty w nietypową kłótnię - bo nawet jeśli Polak się trzymał, Litwin już wymiękał. Zaczął wrzeszczeć, przywołując do siebie Austrię, Rosję, i wyżej wspomnianego Gilberta robiąc im pogadankę jak to "nieładnie rozbierać kolegów". Francja widząc co się dzieje, posłał mu spojrzenie "Wykręć się jakoś. SZYBKO." odpowiedziała mu cierpiętnicza mina.
Za to mina Anglii trochę zrzedła, gdy stanął przed wyżej wymienionym domostwem. Cóż powiedziało się A, teraz trzeba powiedzieć B. I tak oto mała wróżka, całkiem nieświadoma sytuacji, w którą właśnie została wplątana przekroczyła próg ledwie stojącej ruiny. Jak można się domyślić, USA w tym czasie przebywał w miejscu zgoła innym. Jednak jego spokój też miał wkrótce zostać zniszczony, gdyż szybkim i energicznym krokiem zbliżał się do niego dobrze nam znany albinos.
- Heej, Alfred! - wziął Amerykę pod ramię - Kopę lat, stary! - USA spojrzał zaskoczony, ale Gilbo kontynuował - Słuchaj, ty jesteś ten, no, hiroł, nie? No bo...
Blondyn nie dał mu skończyć
- JASNE ŻE JESTEM! No! Jestem! Pomóc Ci? Co? Co? Masz jakiś problem? (Jestem Państwem na 100%) - Prusy lekko się odsunął i kontynuował
- Yyy... No bo jacyś goście mieli wąty co do tego i...
- WĄTY?! Kto?! I'm gonna kick his ass!!
- ... I mówili, że nie dasz rady wejść do tego opuszczonego domu na rogu alei.
Ameryce lekko zrzedła mina. Ale tylko na chwilę.
- Jasne że pójdę. Prowadź, przyjacielu!
Gilbert uśmiechnął się pod nosem. Jednak nagle poczuł, że coś uderza o jego plecy. Odwrócił się, a tam klęczała Węgierka, totalnie wstawiona (jakby to powiedział Felcio), masując nos po spotkaniu trzeciego stopnia z łopatką Prus.
- GILBEERT!!! Bo mje tchu boooliii! - Miała łzy w oczach i cały czas pokazywała na swoją obfitą pierś, zasłoniętą jedynie przez kawałek stroju króliczka, który miała na sobie
- Co he dzieeeheee?! Że mi nie chośnieeeee! - Wybuchnęła płaczem i wtuliła się w nogi albinosa.
- Scheisse! - zaklął pod nosem - Słuchaj. Alfred - postanowił doprowadzić sprawę do końca mimo przeciwnościom losu - jak wyjdziesz, idź w prawo, aż zobaczysz wielki dom z tabliczką "PRZEKLĘTA POSIADŁOŚĆ, NIE WCHODŹ ŚMIERTELNIKU, JEŚLI ŻYCIE CI MIŁE" , na samym końcu ulicy. Na pewno trafisz! - po tych słowach stracił zainteresowanie blondynem, gdyż Austria przyszedł zrobić mu awanturę o ostatni zjedzony kawałek apfelstrudla.
Amerykanin według wskazówek udał się w stronę opuszczonej chałupy. Podobnie jak Anglik zatrzymał się przed wejściem i gapił się na nie bez większego celu. Dom jak dom. Tak, tak! Tylko trochę zaniedbany. Taaak... Troochę... jakby zamknięto tam Francję, Prusy i Hiszpanie (a Romano zakneblowano) razem z całym zastępem japońskich cosplayerek postaci z mang ecchi.
Ale super hero niczego się nie boi! A on przecież musiał pozbawić wszelkich wątpliwości. Pewniejszym krokiem wszedł do środka. Panowała tam całkowita ciemność i musiał odczekać dobrą chwilę aż jego oczy przyzwyczaiły się do panujących warunków. Przed nim znajdowały się wysokie, drewniane schody, które wyglądały jakby zaraz miały się przewrócić. Piętro nie wydawało się zbyt bezpiecznym miejscem. Więc chyba pozostanie na parterze. Rozejrzał się. Mógł iść jeszcze w prawo i lewo. W strony te prowadziły dwa wąskie korytarze. Nagle usłyszał skrzypienie desek. Więc był tu ktoś jeszcze...
W tym samym czasie, gdy Ameryka w duchu kozaczył, Anglia zdzierał magiczną różdżką (przypominam - ma na sobie strój wróżki!! Zboczeńce.) pajęczyny, a Prusy został przez Austrię zmuszony do siedzenia na dupsku i słuchania Litwy, ciemnymi uliczkami szły dwie jasnowłose postacie - jedna w stroju Św. Mikołaja (cieli koszty, a innego stroju nie mieli), a druga przebrana za Edwarda (albo Kaname/Zero/Jaspera/Armanda. Chodzi o to że wampira, a Rumunia nie dał odstąpić Drakuli, jako że był on jednym z jego symboli narodowych).
Finlandia niepewnie oglądał się wokół, gdy Szwecja miał minę niczym wykutą w marmurze. W rzeczywistości jednak Berwald był bardzo zaniepokojony. Jak mógł zgubić zaproszenie? Nawet jeśli jest w formie obdartego kawalątka kartki w kratkę, to nadal zaproszenie z danymi o miejscu i czasie! A tak? Nie wiedzą gdzie, ani czy im się nie pomyliły różnice czasu, czy coś! Błądzili bez celu, mając nieśmiałą nadzieję zobaczyć na jakimś drzewie kartkę ze strzałką i napisem "Tędy do wiksy u Rumuna". Z zamyśleń i poczucia winy rozbudził Szwedka nagły ruch w krzakach. Jego idealny poker face został zakłócony chwilowym wyrazem przerażenia (tzn. nieznacznym zmarszczeniem się jednej brwi). Jednak szybko przeszedł on w zaskoczenie. Oto, do jego piersi przyssał się mały, ciepły obiekt. Finek cały trząsł się ze strachu. Szwecja, jako dobry (samozwańczy, ale zawsze) mąż nieśmiało położył mu dłonie na ramionach. Finlandia szybko odskoczył, i mimo strasznej ciemności dookoła można było dostrzec wykwitły na jego twarzy rumieniec
- P... Przepraszam.. J... ja... Gdyby chociaż latarnie zapalili... - było to życzenie niewykonalne do spełnienia, gdyż brakowało ważnej części - a mianowicie latarni. Stali w mroku, jedynie gwiazdy dawały jako-takie światło. Znów usłyszeli szelest krzaków, spod których wyjawił się winowajca całego zamieszania, czyli mały, rudobrązowy kotek. Finlandia wypuścił z siebie głębokie westchnienie.
- Ach, to tylko kot... Jak dobrze... Już się bałem! No to cho... - przerwał w pół słowa, gdy poczuł jak jego prawą dłoń łapie dłoń pana Szwedka.
- Chodźmy. Takoż bezpieczniej - Finek jeszcze bardziej spąsowiał, ale przytaknął, mając nadzieje, że towarzysz nie widzi jego twarz na tyle, żeby to zauważyć. Nie miałby siły powiedzieć czegokolwiek. Szli tak, spleceni palcami przez kilka ulic, kiedy nagle poczuli na sobie zimny podmuch wiatru. Finlandia bezwiednie skulił się w kłębek. Szwedek puścił jego dłoń i poklepał po ramieniu, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
- Tam - wskazał na bliżej nieokreślony budynek, którego dostrzegali jedynie kontur - Cieplej. Późno. Pewno już koniec. Zaniechajmy.
Po chwili namyśleń Finek kiwnął głową.
Po niedługim czasie ich oczom ukazała się znajoma nam już ruina. Po momencie wahania Finek zgodził się wejść do środka. Cóż, lepsze to niż nic. Jak by na to nie patrzeć mieli pecha. Dom Rumunii znajdował się nieopodal, ale w panujących ciemnościach nie dostrzegli go, gdyż zwykłe, elektryczne lampy zastąpione zostały nastrojowymi świeczkami. Gwar również ucichł. Promile jednak robią swoje. Już po przekroczeniu progu coś im nie pasowało. Podłoga skrzypiała i dało się słyszeć przyciszone głosy.
-Panie Szwedku, pan też to słyszał?
-Mhm...
Tymczasem Angol przemierzał korytarz prowadzący przez lewą stronę domostwa. Od paru minut wydawało mu się, że ktoś go śledzi. Albo coś w tym rodzaju. Stwierdził, że nie będzie się zachowywać jak dzieciak i przestanie słyszeć jakieś wyimaginowane dźwięki. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Tajemnicze "coś" wciąż podążało jego śladem. Nieźle już wkurzony nagle się obrócił. Nikogo za nim nie było. Pośpiesznie ruszył dalej. Korytarz kluczył niesamowicie. Zakręt za zakrętem. I wciąż to cholerne uczucie. Ponownie spojrzał za siebie. Czekał tak przez chwilę chyba nawet nie wierząc, że coś uda mu się dostrzec. Kroki stawały się coraz bliższe. I zza ostatniego zakrętu wynurzyła się postać ubrana w idiotyczny strój wzorowany na Super Menie tudzież jakimś innym herosie z równie głupich kreskówek.
C.D.N.

Ej, fajne to! Całkiem zgrabnie ujęte charaktery, chociaż Węgierka chyba trochę za płaczliwa. Komu przypisać zasługi za to dzieło? Całości czy ktoś konkretny to spłodził? :) I nie mogę się ciągu dalszego doczekać!
OdpowiedzUsuńBtw, czytam to i czytam...i tak mi strzeliło do głowy, że moglibyście tak opisywać sytuację na świecie i takie felietony tworzyć O.o czyli to, co miało być w oryginalnej Hetalii, tylko śmieszniej, bo to jest o niebo lepsze od pierwowzoru :3
Aoi~
Bardzo dziękujemy za miłe słowa :D
OdpowiedzUsuńCo do Węgierki - cóż, alkohol robi swoje :< (Dlatego dzieci, pamiętajcie, nie pijcie wódki. Lepszy jest czysty spirytus!).
Nasze zacne opowiadanie jest wspólnym tworem. Rodzina nowoczesna, trzech ojców ma.
Co do felietonów - bardzo ciekawy pomysł, myślę, że weźmiemy go pod rozważania! :3
~ Maciej