Rozlega się gong. Światło ponownie gaśnie. Szeleszczące papierki i butelki z wodą winny być już schowane, a kurtyna powoli idzie w górę.
Zapraszamy na drugi akt naszego przedstawienia!
*Marian, nie gniewaj się, zawsze chciałam być konferansjerem... ej, zostaw ten reflektor! ~Maciej*
***
Anglii aż skrzydełka sflaczały. Nie rozpoznał Ameryki od razu, choć zdaje się, wymaga to sporej ślepoty albo totalnego braku kojarzenia, ale szok to jednak szok. Tak więc upadł na swoje szanowne cztery litery z wrzaskiem, a gdy już zdał sobie sprawę, przed kim się wygłupił, zaklął cicho.Zapraszamy na drugi akt naszego przedstawienia!
*Marian, nie gniewaj się, zawsze chciałam być konferansjerem... ej, zostaw ten reflektor! ~Maciej*
***
- Shit... Więc nie stchórzyłeś?
- Yyyy... No, nie. Francja mnie przysłał, no ale co TY tu robisz?
- Też mnie Francja przysłał...asshole! - Ameryka westchnął głośno, czując w sercu ulgę. Nie był sam! No, oczywiście się nie bał, ale rozumiecie, będzie mógł, ten, no... yyy... na przykład... O! Nawtykać Anglii po tylu latach! I skopać mu tyłek! Świetna koncepcja! Tak właśnie zrobię! - myślał. Ale kiedy spojrzał na te śliczne skrzydełka, kolana zasłaniające bieliznę (gdyż wróżkowa sukienka była jedynie do pół uda), różdżkę w ręku i unoszący się wokół (od upadku) magiczny pył... Jakoś odechciało mu się sprawiać Arthurowi przykrości. No, był dupkiem. Ale uroczym dupkiem. Przynajmniej w dzisiejszej odsłonie. Westchnął ponownie i wyjął zza pazuchy piersiówkę, podając ją anglikowi.
- Masz. I tak musimy spędzić tu noc, nie? Znajdźmy jakiś w miarę nie rozpadający się pokój. - Anglia nie wydawał się zachwycony. W końcu, zbłaźnił się przed oczami tego idioty! Ale i tak przyjął trunek, i od razu wypił łyk rumu, jak się okazało. Bez namysłu złapał też za wyciągniętą w pomocnym geście dłoń Ameryki. Gdy zrozumiał niezręczność sytuacji lekko się zaczerwienił.
- Dz... dzięki.
Ameryka uśmiechnął się czule
- Spox, dude. - przy czym zmiękły mu kolana, bo nie spodziewał się takiej reakcji ze strony „zakompleksionego brytola”.
W tym samym czasie Finek i Pan Szwedek szli prawym korytarzem. Nagle w całym domu rozległ się krzyk. Tino aż podskoczył i kurczowo złapał się ramienia towarzysza. W tej chwili nie przeszkadzał mu dwuznaczny charakter owej sceny. To miejsce go przerażało. Szwed jako dobry mąż czule objął go ramieniem. Jego twarz była jak zawsze kamienna, co było chyba jeszcze bardziej straszne niż sam krzyk.
- P... panie Szwedku! T... tu jest strasznie! Może jednak poszukamy dalej...?
Szwed potaknął. Jednak, gdy podszedł do rzeźbionych, masywnych drzwi i szarpnął, te nie ustąpiły. Szarpnął jeszcze raz, drugi, trzeci. Drzwi chyba bardzo chciały pokazać, kto tu rządzi bo ani drgnęły. Finlandia widząc, że jego towarzysz jest gotów w desperacji wyłamać je z półobrotu delikatnie dotknął jego masywnych pleców.
- Panie Szwecjo... W porządku... Chodźmy znaleźć jakiś przytulny kąt, dobrze?
Szwed przytaknął. Poszedł przodem, na wypadek gdyby coś przed nimi miało się zawalić. Po kilkunastu zakrętach stanęli przed otwartym na oścież pomieszczeniem, który prezentował się całkiem przyzwoicie. Na bok od wejścia stało wielkie łoże z baldachimem, na wpół zjedzonym przez mole, z postawionymi po obu stronach szafeczkami. Na drugim końcu stało zakurzone pianino, a na wprost - zamurowane okno. O dziwo, ten widok nie budził przerażenia. Miał w sobie coś... swojskiego. Oboje mieli takie wrażenie, ale nie mogli wyjaśnić dlaczego.
Arthur siedział w kącie zimnego, zakurzonego i ciemnego pokoju. Był on całkowicie pozbawiony mebli. Szukanie „nie sypiącego się” miejsca chyba nie do końca im się udało, bo owe pomieszczenie niemal dosłownie się waliło. Przez dobre paręnaście minut wyzywał Francję i dwa pozostałe odpowiedzialne za tą sytuację kraje. To jakże kreatywne zajęcie szybko się jednak znudziło. Obok siedział Alfred, który co chwila próbował uciszyć przyjaciela lub chociaż zmienić temat rozmowy. Bezskutecznie. Gdy przemowa niższego z blondynów nareszcie się skończyła zapadła cisza. Nie trwało to jednak długo, bo Anglia znalazł sobie kolejny obiekt do kpiny. Mianowicie kostium Super Hero. Ameryka nie pozostawał mu zresztą dłużny. Skończyło się to opowieścią Arthura o niejakim Charliem. I znów należy zadać sobie pytanie: Czy z nim aby na pewno wszystko w porządku? Alfred chyba nie mógłby przytaknąć. Angol zaczął się trząść z zimna. Co by nie mówić jego wdzianko do ciepłych nie należało.
Alfred spojrzał na piersiówkę, którą jakiś czas temu wręczył towarzyszowi - pusta. Westchnął i podał mu następną.
- Masz - uśmiechnął się - nie ma nic lepszego na rozgrzanie się, niż Rum! - W sumie jest... - dodał w myślach. Ale od razu spłonął rumieńcem na tę myśl. Chyba on też za dużo wypił... Siedzieli tak ramię w ramię, pijąc i klnąc na niesprawiedliwości tego świata. W pewnym momencie zaczęli nawet śpiewać "God save the queen", potem Anglia nieprzerwanie zawodził "jaki to Alfred był słodki".Po około dwóch godzinach Arthur zasnął na ramieniu Ameryki. Ten popodziwiał wzrokiem sufit, starając się odciągnąć wzrok od przymkniętych powiek Brytyjczyka, udając, że mu to w kit i marchewka. W końcu nie wytrzymał - najdelikatniej jak tylko potrafił musnął swoimi ustami usta UK. Gdy się odsunął, prawie zszedł na zawał. Anglia P A T R Z Y Ł na niego.
Amerykanin powoli żegnał się z życiem. Tak, to dzień ostateczny. Tutaj nie skończy się na krzyku. Zapewne zerwą kontakt, skończy się to wzrostem cła i ograniczenia importu. I nagle nastąpiło coś, czego w życiu ani tym, ani następnym by się nie spodziewał. Arthur oddał pocałunek jeszcze głębiej wpijając się w jego usta. W USA odrodziła się wiara w moc promili! Skamieniał. Nie wiedział co ma robić. Widząc brak reakcji ze strony partnera Anglia odsunął się trochę i spojrzał na niego nieco rozczarowany.
–No co jest?- Tak. Był schlany w cztery dupy. Bez dwóch zdań. Chrzanić jego słaby łeb! I tak jutro niczego nie będzie pamiętał!
Ameryka pomyślał "raz kozie śmierć!" i znowu pocałował Anglię, trochę bardziej śmiało. Arthur oddawał pocałunki, i Alfred powoli tracił panowanie. Język UK wtargnął do jego ust. Wróżka przewróciła rzekomego superbohatera na plecy, nie odklejając się ani na moment. Ameryka zaczynał rozumieć, co się święci. Tej nocy chyba nie da rady odwrócić ról.
***
Anglia błądził rękami po jego włosach. Amerykę dziwiło nowe oblicze przyjaciela - takie seksowne, natarczywe, wręcz kuszące... Arthur zatrzymał się w pewnym momencie na zamku od stroju USA. Spojrzał na niego z chytrym uśmieszkiem na twarzy.
- Mogę?
Próbowaliście kiedyś odmówić tsundere-wróżce która nagle wykazała ruchy dominujące? Nie? To radzę nie próbować.
Ameryka przytaknął, cały czerwony. Po chwili leżał na drewnianej podłodze w samych bokserkach. O dziwo, nie było mu zimno.
Anglia całował Amerykę, gdy nagle spostrzegł, że ten nie odwzajemnia pocałunków. Odsunął się trochę i zauważył, że Alfred... zasnął. Po chwili zaskoczenia Arthur uśmiechnął się i ułożył przyjaciela w wygodniejszej dla snu pozycji.
***
Zapadła cisza. Bardzo krępująca jak dla Finka cisza. Spojrzał niepewnie na pana Szwedka. Okularnik siedział na łóżku z typową dla siebie kamienną twarzą. I co tu teraz zrobić? Milczeć nie wypada, ale o czym może rozmawiać z… z kimś takim?
-Em… ładną mamy pogodę, prawda?
Stwierdzenie to było nie na miejscu przy wiadomych okolicznościach przyrody. Porywisty wiatr był słyszalny nawet przy grubych ścianach opuszczonej posiadłości. Szwed spojrzał na niego swym mroźnym wzrokiem.
-Mhmn.
Tino zadrżał. Nie wypaliło. Ale czego on się spodziewał? Czego on się spodziewał po tym gburze? To przecież zamrożony pan kłodek jest! Co tu może pomóc? Boże miłosierny oświeć! Co poprawia humor Szwedom? Może… Może… słodycze? W sumie chyba wszyscy lubią słodycze. Gdy zaczął przeszukiwać swój świąteczny worek spostrzegł wielgachną dziurę. Połowa zawartości musiała zgubić się po drodze, ale jak to możliwe, że wcześniej tego nie zauważył? Na szczęście udało mu się znaleźć czekoladę zapakowaną w schludny papier prezentowy. Czym prędzej ją rozpakował i odgryzł dość duży kawałek. Nawet większy niż zamierzał.
-Chce pan kostkę, panie Szwedku? Karmelowa. – Powiedział z zębami zaciśniętymi na czekoladzie
Przenikliwe oczy blondyna znów przeniosły się na przestraszonego chłopaka. Powoli się do niego zbliżył. Co on chce zrobić? Nie o to mi chodziło, błagając o oświecenie! Litości!
Szwed przytrzymał jedną ręką odsuwającego się mimowolnie Finka i chwycił zębami czekoladę wystającą tamtemu z ust. Na twarz Tino wypełzł silny rumieniec.
- Pa-pa-pa-pa-pa-panie Szwedku… Co… co pan robi?
Berwald, nadal z twarzą niebezpiecznie blisko fińskiego lica odwrócił wzrok i bąknął:
- Już by więcej nie ostało się...
Kłamstwo niskich lotów. Czekolada może i była pochłaniana w szybkim tempie, ale na pewno kilka kostek by się znalazło.
Tino z miną iście spłoszoną mierzył Szweda wzrokiem. I co tu zrobić, co tu zrobić? Ani tu z nim grać w kto pierwszy mrugnie, ani sobie pójść. Normalnie między młotem a kowadłem. Z tyłu ciemny, walący się korytarz z przodu gigant z twarzą niczym odlaną z betonu. Odwrócił wzrok. Próbował opanować swoje myśli, wziąć się w garść i w końcu wymyślić jakąś godną ripostę.
-Kłamiesz.
Godną... Taaaak, oczywiście. Biorąc jednak pod uwagę zaistniałą sytuację... Dlaczego on? Dlaczego to jemu muszą się przytrafiać takie rzeczy? Dlaczego dał się wyciągnąć na tą imprezę myśląc, że wszystko pójdzie normalnie? Ale... czego on się spodziewał? W końcu szedł z Panem Szwedkiem. W ogóle dlaczego on go nazywa żoną? I kiedy to się zaczęło?
***
Arthur delikatnie pogłaskał głowę Ameryki, który częściowo leżał na kolanach naszej małej wróżki. Zaśmiał się pod nosem - jak można zasypiać w takim momencie? Ameryka z pewnością był dziecinny... i taki naiwny!
No bo, co za jełop uwierzyłby, że Anglia się upił jakimś tam amerykańskim przemyconym rumem? Kubańskim to jeszcze, ale z wielkim prawdopodobieństwem jego sąsiad - komunista sprzedał jankesowi jakieś syfy spod zlewu. W końcu zmysł smaku obojga sasów do najczulszych nie należał.
Anglia nucił sobie starą kołysankę, którą kiedyś zwykł śpiewać na dobranoc swojemu wychowankowi. Ah, wspaniałe czasy!
W tym momencie prawie by dostał zawału. Coś się na niego rzuciło, wpiło w jego odkryte ramiona. Ameryka się obudził.
- Alfred wytrzeźwia... a, nie. - sam odpowiedział sobie Arthur patrząc na twarz przyjaciela.
Thathuuusiuuu, tu est ciheeeemnooooo, a mhuy krhóóliiik nhe whraaasaaa - zajęczał Alfred, ze łzami w oczach. Możliwe było, że ktoś mu coś wcześniej dolał do piersiówek. Albo po prostu był ułomnym dzieckiem. Anglia uznał, że ta kwestia jest zbyt trudną do rozstrzygnięcia raz-dwa, więc ją zignorował.
C.D.N.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz